szef idealny

Nie istnieje, zdaję sobie z tego sprawę. Wy też o tym wiecie, ale pozwólmy sobie na ten luksus by na chwilę pomarzyć i pogdybać, jakie cechy mogłaby meć taka istota, być może byłby to:

SPYCHOLOG NIESTOSOWANY

Czyli, nie kazałby nam na 3 dni po dostaniu maila w sprawie odesłania ważnych i pilnych dokumentów, które nie wiadomo, jak wyglądają i gdzie są, zostawiać to na naszej głowie i naszej odpowiedzialności. Prawdopodobnie nie musielibyśmy w tedy dzwonić po tych nieszczęsnych trzech dniach do swojego przełożonego z informacją „Pani A., ale my nie mamy tych dokumentów, przynajmniej, ja nie potrafię ich znaleźć…”

Po niezamówieniu dla klienta towaru, nie mówiłby Ci „Porozmawiaj z nim, bo on mnie opierdoli”.

W dniu składania zamówienia do centrali, pomimo tego, że tym zamówieniem zajmował się już 2 dni wcześniej, nie zostawiałby Ci do dopisania do niego pozycji z długiej listy rzeczy, które zamówić można i tych, którym wygasły nam już prawa autorskie, tylko dlatego, że sam nie wiedział które, to które.  I nie dzwoniłby do Ciebie w Twój dzień wolny, z pytaniem, dlaczego, jednak tego nie zrobiłeś.

BIORĘ NA SIEBIE ODPOWIEDZIALNOŚĆ

Mógłby jeszcze, kiedy coś się stanie, czegoś się nie zrobi, coś przeoczy (mówię w formie bezosobowej, bo szef nigdy nie przyzna się że to właśnie jego zaniedbania), wziąć na siebie odpowiedzialność, powiedzieć jestem szefem, jeśli coś nie zostało zrobione, to moja wina.

JESTEM DYSPOZYCYJNY

Mógłby, kiedy zbliża się wizyta Szefa Wszystkich Szefów zrezygnować z dni wolnych (wszak taka wizyta zdarza się góra raz w roku)  i zająć się przygotowaniem obiektu, za który jest odpowiedzialny, nie zostawiając tego na głowie szarych pracowników, których podejmowane decyzje zawsze są złe.

DZWOŃ, JAK MASZ PROBLEM

Mógłby być otwarty na pomoc i pytania swoich podwładnych, zamiast mówić:

- możecie do  mnie dzwonić przez 2 godziny bo później będę na pogrzebie

- możecie do mnie dzwonić jak mnie nie ma, ale jak mnie NIE MA, że NIE MA, to nie dzwońcie

- nie dzwońcie do mnie bo jestem zmęczona

- nie dzwońcie do mnie, bo będę w szpitalu (po dwóch dniach) we Wrocławiu (kolejnego dnia) w Berlinie, nie biorę telefonu, więc i tak nie odbiorę – po czym wysyła Ci maila, a ip komputera z którego został wysłany wskazuje , że nie ruszył tyłka z miasta.

SPRAWIEDLIWY

Nie mówi Ci, że układał grafik pod siebie, bo musi odpocząć. Chodzi ubrany według dresscodu firmy, i wypełnia wszystkie obowiązki, które sam narzucił pracownikom.

OAZA SPOKOJU

A przynajmniej nie mów Ci, że jak dostanie opierdol z góry, to będzie na Tobie odreagowywał.

TOLERANCYJNY

Nie mówi Ci, że widać, że Twoja niepełnosprawność przeszkadza Ci w pracy, że w gruncie rzeczy nic do Ciebie nie ma, ale nie chce z Tobą pracować.

PRAWY

Nie każe Ci majstrować przy listach obecności podrabiając na nich podpisy osób, które już nie pracują razem z Tobą.

CZUJĘ SIĘ ŚWIETNIE

Mógłby chodzić przez jeden dzień w pracy uśmiechnąć się i powiedzieć, że czuje się dobrze, że nic go nie boli, nie ma półpaśca, anginy, grypy, gorączki, bólu pleców, czy bólu istnienia.

Boże, ileż jeszcze mogłabym mieć życzeń na temat, jaki mógłby być mój szef!

Tags: , , , ,

typy klientów

Wiem, co mogłabym napisać i dlatego właśnie nie piszę. Jedyne co mogłabym z siebie wykrzesać to kolejne narzekania w stronę mojej pracy, której już po 3 miesiącach mogę stwierdzić z całą stanowczością, nienawidzę. Nie to, że nie lubię, ale szczerze nienawidzę. Za to, jak tam jest niech powie Wam fakt, że w ciągu 3 miesięcy, jedna kierowniczka została zwolniona i zdaje się, że w toku jest sprawa oskarżenia o kradzież. W ciągu tego okresu zmienił nam się kierownik regionalny. Do zmiany kierownika regionalnego kurier nie miał płacone za rozpaletowywanie towaru, więc same to robiłyśmy. Te kartony z książkami trochę ważą. tak ze 20kg więcej niż ustawa przewiduje. Z początkowej ekipy w pracy zostałam tylko ja. Odeszły 3 osoby, 2 z powodów, przez które ja ciągle tak bezsilnie ogarniam rano swoje zwłoki i czołgam się do autobusu.

A oto coś o pracy w księgarni. Kilka typów klientów:

1. Gratisowiec

Typ, który podchodzi do kasy obładowany książkami i innymi gadżetami, które sprzedajemy. Osiąga kwotę, od której wydajemy tandetne w większości gratisy. Wyciąga jeszcze kilka gratisów na teksty:

„bo to dla koleżanki chorej na raka”

„bo ja mam dwójkę/trójkę/dziesiątkę dzieci i będą się kłócić”

„bo ja wiem co mi się należy”

„bo to dla przyjaciela, który ma depresję”

A później nawet nie odchodząc od kasy, zaraz po wydrukowaniu paragonu stwierdza, że coś jednak wziął niepotrzebnie i robi zwrot na połowę, gratisy zachowując.

2. Dobrze poinformowany „ja wiem, co mi się należy!”

Oni wiedza, wiedzą najlepiej.  Są po kilkanaście lat w „klubie” zapominając, ze ów „klub” już nie istnieje. Tak więc temu dajesz całą torbę gratisów, a pani, która kłóci się i grozi, że będzie pisać, jacy to my oszuści nie chcąc jej dać wykorzystać rabatu na 10%, za książki z wyprzedaży o wartości 12 zł, dostaje w końu ten należący się jej rabat na 1,20 zł.

Powinnam mieć wielką kartkę zamiast identyfikatora „promocje się nie sumują”, a na pytania o rabat grzecznie odpowiadać iż jest on stolicą Maroka.

3. Reklamujący

Klient, który ciągle coś zwraca. Potrai zwrócić po tygodniu książkę twierdząc, że mu się nie podobała.

4. Prezentowy

Chce kupić prezent. Książkę. Nie mają pojęcia co osoba, która ma być obdarowana lubi, co czyta, czym się interesuje. Czasami nie mają pojęcia o kim ma być biografia, której szukają:

- Szukam książki o Kilonilu.

- Przepraszam, o kim?

- O Kilonilu.

-A kto to był?

- No ten prezydent z Chin, co umarł w tym tygodniu.

ALBO

- Szukam prezentu dla siostry, coś takiego ładnego, śpiesznego o miłości.

Pokazuję kilka tytułów.

- Ojej jakie ładne kwiatki! (na okładce) Wezmę tą!

5. Miłośnik feng-szuji

Grzebie, otwiera, przestawia,  wedle swojego uznania. Robi syf.  Najpopularniejszy typ.

6. Z innej epoki

Często głuchy. Dzwoni i chce żebym podała mu „majla”, bo przy składaniu zamówienia pracownik infolinii potrzebował adresu e-mail. No to tłumaczę takiemu,  że nie mogę mu podać, bo to chodzi o jego adres e-mail. Staram się wytłumaczyć co to poczta elektroniczna. Pan kończy rozmowę czując się oszukany, że i tak nie podałam mu „majla”.

Jak macie jeszcze jakieś, to dopisujcie :)

pan pozna panią

Bycie singlem, jakoś nigdy mi szczególnie nie doskwierało w czasach, kiedy do bycia singlem byłam zmuszana. Bo przecież zazwyczaj jest tak, że coś, lub ktoś nas do tego zmusza.

Pominę temat samotnych kobiet, znam taką, której chcę powiedzieć, żeby była samotna gdzie indziej. Jest to jedyny przypadek żeński z mojego otoczenia, który radzi sobie z singliestwem gorzej niż przeciętny mężczyzna.

Dzisiaj krótko, ale czy nie zauważyliście, że jeden facet, który jest singlem zaczyna przesadnie dbać o siebie, stara się robić z siebie bardziej wrażliwego i bardziej inteligentnego, taki Dżony Dip ze szczeniaczkiem w dłoniach, z którym pogadasz nad wyższością 1 sezonu Seksu w Wielkim Mieście nad 6?  Drugi z kolei zaczyna uważać kobiety za złe do szpiku kości i stylizuje się na skurwiela płacząc do wódki, bądź poduszki podczas robienia sobie dobrze?

Jako osoba znająca się na wszystkim stwierdzam… no dobra, „zadaję pytanie” czy to przypadkiem nie jest wyraz pewnej desperacji? Jakby, ktoś był bez okresu przejściowego, „jestem singlem, teraz zadbam o siebie dla siebie (celowo bez przecinka)”. Bo przecież nie ma sposobu na znalezienie kogoś do kochania nas, jeśli nie będziemy kochać siebie, nawet w tedy, kiedy jesteśmy samotni.

Tags: , ,

mamuśki uzależnione

Tak, to ja! Po długiej przerwie. Żyję, pracuję. Z racji tego, że jest to zajęcie w trybie zmianowym, nie mam siły, ani czasu na regularne wpisy. Mam nadzieję, że jak wbiję się w rytm i nauczę rozkładać siły, po 10 godzinach pracy w trybie 11:00-21:30, gdzie do domu trafiam zazwyczaj przed 23:00.

Ostatnio moją jedyną lekturą są służbowe maile, i „On i Ona o seksie” Lwa-Starowicza ( może wyciągnę z tego, jakieś ciekawe wnioski, w każdym razie gorąco polecam!). No i listy od czytelników do „Wysokich obcasów”. I taki oto list chciałabym przytoczyć. Oto i on (link bezpośredni):

 

22.10.2011 aktualizacja: 2011-10-21 16:05
Źródło: www.wysokieobcasy.pl

Za co żyć po rozwodzie?

Teraz moja sytuacja z mężem jest tragiczna… chcę rozwodu i co teraz? czy jest ktoś w stanie mi pomóc i zmienić mój błąd?

Zwracam się do Was z problemem, który na pewno dotyczy wielu kobiet… a więc….

Wyszłam za mąż , gdy miałam 20 lat urodziłam jedno dziecko, w międzyczasie zrobiłam studia licencjackie, urodziłam drugie dziecko i siedziałam w domu i wychowywałam dzieci- nie pracując zawodowo….było pięknie kochający mąż dzieci….i myślałam ,że ta bajka będzie trwać wiecznie …niestety…skończyło się a ja teraz po pierwsze nie mam ZUSu (kobiety wychowujace dzieci powinny mieć uznany przez Państwo ZUS- tak jak opiekunki do dzieci- a tu dzieci i jeszcze cały dom na głowie-……i co z tym związane lat pracy potrzebnych do emerytury …. w rezultacie figa.

Teraz moja sytuacja z mężem jest tragiczna… chcę rozwodu i co teraz? czy jest ktoś w stanie mi pomóc i zmienić mój błąd?

I na takie kobitki mi się nóż w kieszeni otwiera. Fajnie jest siedzieć w domu, zajmować się dziećmi. Owszem traktuję to jako pracę, na pełen etat. Z tym, że całe mnóstwo innych kobiet mających dzieci pracuje zawodowo w pełnym wymiarze godzin i zajmuje się domem, i nie wiem czy dlatego, że muszą, czy dlatego że chcą. Jedno jest pewne, życie to nie bajka, trzeba się zabezpieczać, również po ślubie i również w kwestiach finansowych.  Życie w bajce jest cudne, ale bajka może potrwać rok, dwa.  Nie ma jak to za swoją nieodpowiedzialność i naiwność winić byłego męża i system/państwo.  To jak powinno być wszyscy wiemy, ale wiemy też, że tak nie jest, że mężowie pań prowadzących dom i wychowujących dzieci muszą dobrze zarabiać i odprowadzać za żonę dodatkowe składki. Tylko w każdym przypadku…po co stawać się uzależnioną finansowo od męża, który w każdej chwili może zniknąć z naszego życia? Poza tym, nie wiem jak Wy, ale ja odniosłam wrażenie, że kobieta ma pretensje do męża, uważa że zrobił z niej życiową kalekę. I domieszka tej beznadziejnej postawy „bo ja nie wiedziałam”, która sprawdza się tylko w podstawówce w przypadku nieodrobienia zadania domowego. Czasami dziwi mnie, jacy ludzie biorą się na wychowywanie dzieci, będąc tak niedojrzałymi. Szkoda też, że ludziom emocje i własne, skrzywdzone ego przysłania faktyczny stan rzeczy.

W dodatku nie rozumiem porównania do opiekunek do dzieci. Od kiedy ktoś ma płacić matce, czy odprowadzać za nią składki na ZUS za wychowywanie własnych dzieci?

 Jak żyć po rozwodzie w przypadku tej kobiety? Bardziej odpowiedzialnie, ostrożnie, świadomie. Przede wszystkim to nie biadolić, tylko wziąć się do roboty.

 

 

Tags: , , ,

foie gras to nie faux pas

Wegetarianie są spoko. O ile nie przekonują mnie do swoich racji i nie starają uwrażliwiać.  Azor powinien znaleźć dom, a ludzi, co ciągnęli psa za samochodem powinno się potraktować tak samo.  Uważam, że jeśli tylko możemy zwierzętom pomagać trzeba, same sobie nie pomogą. Nie zapominajmy jednak, że zwierzęta są też naszym pokarmem, przynajmniej tej części społeczeństwa, która spożywanie mięsa deklaruje. Jest nas za dużo, polować w zasadzie nie wolno, więc zwierzęta hodujemy, kontrolujemy ich rozród, karmimy i wysyłamy na ubój, zgodnie z przeznaczeniem, które znajduje się na talerzu.

Od kilku dni wrze, jakaś tam fundacja zwymyślała Magdzie Gessler, że u niej podaje się foie gras, a to przecież nic innego jak chora wątroba gęsi, którą tuczy się do granic możliwości. Rurką się kukurydzę wpycha, o. Do gardła, żeby nie było. Wiecie co, zdjęcia są drastycznie z takich hodowli, ale równie dobrze można strzelić fotki z ubojni, a pojawi się akcja na rzecz nie zabijania zwierząt w ogóle.  Nie wiem jaka jest różnica w tym, czy podaje nam się chorą gęsią wątrobę ptaka karmionego z rurki, czy z ręki, czy ze szczęśliwego chowu, czy nie. Chodzi tu raczej o wrażliwe sumienie konsumenta, niż dobro zwierzęcia, które urodziło się by wylądować na talerzu.

Na facebooku burza, znajomi wrzucają linki, każą podpisywać pertycje, chcą jechać z odsieczą gąskom. Wszyscy zgodnie nienawidzą Gessler i jej niehumanitarności. Od razu kreuje się wiedźmę, co to zysk czerpie z cierpienia niewinnych i bezbronnych.

W każdym bądź razie Magda Gessler odpowiedziała (niestety, wystarczyło pomilczeć, za tydzień nikt by o sprawie nie pamiętał, że „zszargano” jej imię, ktoś chciał się wypromować). Zaprzeczyła, jako by propagowała karmienie dorurkowe (w skrócie), tylko z wspomnianej już opiekuńczej i humanitarnej dłoni hodowcy. No i że przecież ona wspiera ekologiczne uprawy i hodowle.

Co na to fundacja? Fundacja w sposób bardzo dla mnie zabawny wyrzuca, co Gessler mówiła w wywiadach. Zabawne, prawda? :)

W wywiadach, które są znane naszej fundacji, Pani Gessler nigdy nie wspominała o tym, że promuje i zachęca do spożywania wątroby z ekologicznego chowu – wręcz przeciwnie na pytania, które zadawali dziennikarze czy nie czuje dyskomfortu spowodowanego świadomością, że zwierzęta cierpią przy produkcji foie gras – np. w Tok Fm w 2009 r., nie wspomniała nic o sposobie chowu. Tłumaczyła, że nie widzi nic złego w foie gras i że nie jest zwolenniczką zakazu tuczu, który istnieje w polskim prawie. Pani Gessler jest zaangażowana w walkę o jakość żywności, co nie znaczy, że o jakość życia zwierząt ani o propagowanie zdrowego odżywiania.

 

Jeśli chodzi o zarzut braku kontaktu by „poznać prawdziwe fakty i stanowisko na temat foie gras”, to Pani Gessler wielokrotnie w swoich programach i wywiadach dawała wyraz pogardzie dla życia zwierząt, traktując je bezrefleksyjnie jako surowiec i półprodukt, z którego wytwarza się dania. Nie znamy ani jednego przypadku kiedy Pani Gessler mówi o potrzebach zwierząt hodowanych na mięso, ich emocjach, cierpieniu czy – tak to nie pomyłka – uczuciach.

 Wiecie, co jak co, ale Gessler chyba promuje zdrowe odżywianie, przez promocję i „walkę” (list do Prezydenta w sprawie GMO) o ekologiczne uprawy, o odżywianie bez dodatków chemii (ile razy wytyka niekompetentnym kucharzom gotowanie z torebki?).  Aczkolwiek nie będę jej wnosić na piedestał, bo i mnie czasami irytuje.

Ostatnie podkreślone zdanie sprawia, że fundacja dla mnie ginie z kretesem w sporze, który wymyśliła.

I jeszcze końcóweczka:

 Pani Magda Gessler jest również autorką cytatu, w którym osoby nie jedzące mięsa nazywa inwalidami, co obraża zarówno wegetarian jak i o osoby niepełnosprawne. Nawet przy dużej woli dialogu ze strony naszej fundacji w/w okoliczności nie zachęcają do niego.

 

Tak, jest autorką tego zdania, zdania, które zapisała na swojej facebookowej tablicy. Widać materiały dowodowe przeciwko znanej restauratorce Magdalenie G. były zbierane od dłuższego czasu. A tak serio, to co ma piernik do wiatraka?

Jestem niepełnosprawna i nie czuję się urażona, więc nie wiem w czyim imieniu mówi fundacja. Zdanie też jest wyjęte z kontekstu, Gessler jest uzależniona od fecebooka, robi mnóstwo literówek, pisze niedbale. Wydaje mi się, że osoba tak emocjonalna, z taką burzą loków na głowie i myśli w głowie może mieć czasami problem z wypowiedzeniem czegoś konkretnego, skrystalizowanego, czy przemyślanego.

I nie może być mowy o dialogu ze strony fundacji, która oskarża powołując się na wywiady, tablicę na facebooku, która w zasadzie nie wiadomo po co oskarża i organizuje akcję przeciw osobie, a nie przepisom prawa normującymi warunki hodowli zwierząt przeznaczonych na ubój.

Osoby nie jedzące mięsa sama mogłabym nazwać inwalidami, pozbawiającymi się źródła ważnych substancji odżywczych, których spożywanie leży w naturze człowieka. Dla mnie są to osoby z pewną dysfunkcją emocjonalną, nadwrażliwością.  Co nie zmienia faktu, że wszystkich swoich znajomych wegetarian lubię, szanuję, tylko nie rozumiem.

Zasadniczo nie mam nic do zwierząt. Ba, bardzo lubię zwierzęta, zarówno głaskać i tulić, jak i na talerzu.  Fundacja się ośmieszyła, a Gessler wdała w niepotrzebny spór. Mnie nie obchodzi skąd Gessler bierze chore gęsie wątroby, chciałabym tylko, żeby czasami poprawiła dbałość wpisów i zastanowiła się zanim coś chlapnie. Bo czasami chlapie głupotami.

Tags: , , , ,

wygibasy z Europą?

Widzieliście już filmik promujący polską prezydencję w Radzie Unii Europejskiej? Nie? To proszę:

W sumie to spodziewałam się czegoś w stylu „Historii Polski” Bagińskigo, a jak dowiedziałam się, że rzeczywiście to Bagiński przygotował, ochoczo odpaliłam spot. Jakoś starałam się wymazać ze świadomości, że współautorem jest Agustin Egurrola. Niestety nie dało się.  Tańczą sobie i tańczą, bo w sumie czego by się spodziewać po nadwornym choreografie TVNu i „Tańca z Gwiazdami”? Od tej strony nie będę oceniać, nie znam się, ale ocenić mogę poruszające się postacie. Drętwe, sztywne, jakby wyjęte z animacji sprzed co najmniej 10 lat.  Może pora Bagińskiemu nieco odświeżyć warsztat, albo nie porywać się z motyką na słońce?

Co z fabułą, poza tym,  że ludki tańczą sobie? Oglądając zaczęłam sobie układać taką interpretację, siedzi babeczka, jakoś tam nawet czysto i ładnie, tak ascetyczno-nowocześnie. W podskokach podlatuje do niej pan w obcisłym wdzianku i śmiesznymi ulizanymi włosami. A ta koszula! Później pojawia się więcej par. Klony naszych bohaterów. Rewia. Po chwili refleksja, ok, babeczka to Europa, facet to Polska, inne panie to też Europy (sic!), panowie inne kraje UE. Wszystko się kręci i lata i nie wiadomo o co chodzi, ale muzyczka jest fajna. Kolejny raz Bagiński się nie popisał, wszyscy tak samo ubrani, tylko pozmieniane kolory koszul, takie same fryzury. I w sumie nie wiadomo o co chodzi, bo Europa zostaje znowu sama i trafia na cholernie podobny do poprzedniego plac. Czyli po co to wszystko było? Jaki jest mesedż ja się pytam?

A oto i odpowiedź:

Obszerniej symbolikę spotu wyjaśnia jego reżyser Tomasz Bagiński. – To Polak jest inicjatorem zdarzeń w filmie i to on dokonuje przemiany rzeczywistości. Ponieważ poruszamy się w obszarze symboli, alegorii i dosyć poetyckich skojarzeń naturalnym sposobem pokazania tej przemiany, ale także samej idei prezydencji był taniec. Europa jest w naszym filmie piękną kobietą zamkniętą w chłodnej, dość zachowawczej architektonicznie przestrzeni. Przestrzeń jest również solidnie, choć trochę przyziemnie zaprojektowana. Europa w pierwszych ujęciach filmu jest bardzo piękna, ale trochę brakuje jej życia. W luce pomiędzy budynkami pojawia się sylwetka mężczyzny. To w naszym filmie symbol Polski. Ten nowy bohater wciąga Europę do tańca i w ten sposób ożywia zarówno ją jak i otaczającą architekturę, prowadza w życie. Na końcu filmu, choć pozornie opuszczamy to samo miejsce, to na twarzy naszej bohaterki, Europy budzi się cień uśmiechu, światło w przestrzeni jest dużo cieplejsze i bardziej pozytywne – opisuje.

No, to teraz można sobie dopowiedzieć o zmianach, które ma symbolizować taniec, o zmianach na lepsze, chociaż lokacja pod koniec filmiku nie jest jakaś rewolucyjna, ba… ciężko w ogóle dostrzec jakieś zmiany. Nastrój Europy też nie jest jasny, równie dobrze można wytłumaczyć to znowu kiepskością animacji.

Ja się pytam, czy mając do dyspozycji znanego grafika, nie można było postarać się o lepszy scenariusz dla 3 minutowego spotu? Nawet mając do dyspozycji znanego choreografa-celebryty, nie można było najpierw obmyślić klarownej i nie naciąganej fabuły?  Nie lubię narzekać na takie akcje i robię to rzadko, ale jak promuje się kraj, za pomocą niezrozumiałego dla wszystkich przesłania, w animacji, nad którą odbiorca nie powinien się zastanawiać, tylko z marszu kliknąć „lubię to!” to po co to robić? Niby uniwersalne metody, taniec, muzyka, obraz, a mimo wszystko użyte nieumiejętnie.

A inne filmy promujące Polskę znajdziecie TU.

Tags: , , , ,

słuchaj, nie lubię Cię

Wiecie, jak to w życiu bywa, spotykamy na swojej drodze różnych ludzi. Niektórych znamy, bo musimy znać, innych poznajemy i stają się w naszym życiu epizodem, o którym zapominamy i nie spotkamy ich nigdy więcej.  . Tych drugich sami zapraszamy, mając nadzieję, że nasza znajomość będzie miała jakiś tam ciąg dalszy. Po kilku miesiącach/latach nie mówimy sobie nawet cześć na ulicy, albo ograniczmy się do uśmiechu i kiwnięcia głową. Stają się nam obojętni, tak samo jak my im. Czasami na tablicy złożymy życzenia urodzinowe, klikniemy „Lubię to!” i na tym kończą się nasze relacje.  Nie zauważmy, jak sami znikają z naszej listy znajomych, mogłaby ich wessać czarna dziura, a nas i tak by to nie obeszło.

Niektórzy znajomi z rodzinnego miasta, czy z uczelni zaliczają się do pierwszej grupy. Oni to stanowią tą umowną 1/3, której nie lubię. Nie lubię to nawet złe określanie, irytują mnie, oni, ich zdjęcia, ich posty, ich opisy na gg. Czytając kolejną ich głupotę mam ochotę komentować, mówić co myślę. Widząc zdjęcia chcę wytknąć oczywiste samouwielbienie, nachalną potrzebę akceptacji, buractwo.  Właściwie poza jednym przypadkiem, cała reszta nic mi nigdy nie zrobiła. Po prostu dałabym ich na towarzyski odstrzał. 

Właściwie, to dla zmniejszeni produkcji żółci przez moją wątrobę powinnam ich pousuwać z listy. Nawet bez uprzedniego wytknięcia powodów irytacji. Wydaje mi się, że :

- albo jeszcze na to za wcześnie,

- albo brak mi odwagi cywilnej,

- albo jestem masochistką i lubię, kiedy mnie regularnie coś/ktoś wkurwia.

Chociaż tak trochę marzy mi się trollowanie na ich profilach. Wytknąć to, że trzeba być naprawdę ograniczonym, żeby ciągle się łapać na podobne spamowe newsy, które zaśmiecają mi później tablicę, że jest się dwudziestoparoletnim dzieckiem neo, opisywany już infantylny egocentryzm, to że nie na każdym zdjęciu musi być widoczny element bielizny, a zdjęcie zrobione z ręki to najczęściej obciach, doradzić wyregulowanie brwi, poprawiać każdy ich błąd językowy, zasugerować, ze facebook to raczej kiepskie miejsce na narzekanie na swoją długotrwałą abstynencję seksualną, a zmiana zdjęcia profilowego co drugi dzień nie sprawia, że jest się fajniejszym, zaproponować zmianę stylisty, bądź zainwestowanie w jego usługi, natomiast wyznania miłosne można zostawić dla siebie.

Może kiedyś.

PS: 1/3 lubię szczerze i nigdy niczego złego bym im nie powiedziała, u nich tego nie zauważam.

PS: Jeszcze raz przypominam, o tym iż jeśli chce się być informowanym o nowych tekstach na blogu, które pojawiają się ze skandaliczną nieregularnością, warto dołączyć do społeczności  na fejsie (stara grupa nie jest już aktualna). Jako, że niektórzy nie widzą nowych postów od hollyshit na swojej tablicy, a chcieliby, to warto zajrzeć TU , kilka kliknięć i będziecie informowani na bieżąco. Niestety nie jestem tego w stanie zrobić za Was, jest to to kwestia Waszych ustawień tablicy.

PS: Dla spostrzegawczych – zmieniło się motto.

Tags: , , ,

miłość on-line

Starałam się jakoś do tego tekstu przygotować, czytając fragment Psychologii internetu P. Wallace.  Dupa, niczego się nie dowiedziałam, jak to zwykle bywa, czytając niby to literaturę z półki psychologia.  Będzie więc po mojemu, jak zwykle.

Na dniach rozmawiałam z E. Dziewczyna stara się jakoś ułożyć swoje życie uczuciowe, ale jak to zwykle bywa w przypadku kobiet pięknych, inteligentnych i znającyc swoją wartość – źle trafiała. I mówię tu poważnie, w mojej obiektywnej (chyba) ocenie, ostatnich 3, z którymi się spotykała to chodzące porażki, totalne niedopasowanie i zero chemii.  Rzuciłam więc pomysł, żeby może spróbowała znaleźć kogoś przez net. W końcu hellloł, żyjemy w XXI wieku i i tak większość spraw załatwiamy siedząc przed kompem… no, a przynajmniej mamy taką możliwość.  Możemy kupić samochód, papier toaletowy, ziemniaki, opłacić rachunki, możemy się nawet wyspowiadać

E. spojrzała na mnie, jakbym opowiedziała dowcip, a ja tak zupełnie serio. Wiem, że pokutuje jakiś dziwny pogląd, że w necie to ogłaszają się same resztki społeczne, których nikt nie chce. Podobno, skoro szukasz miłości zza swojego monitora, to oznacza, że jesteś w jakiś sposób wybrakowany, czy to mało inteligentny, czy przystojny, jesteś oszustem, zależy Ci tylko na seksie, jesteś socjopatą, mieszkasz z rodzicami? Chyba mogę  podziękować Czesławowi Mozilowi, za to, że przyznał się do korzystania z serwisów randkowych (co prawda chyba tylko w celu znalezienia partnerki do łóżka, ale zawsze). Jest niski i nie można zrozumieć o co mu chodzi, ale przynajmniej jest znany i fajną muzę robi, a to wystarczy do znalezienia sobie żony bez pomocy internetu.

Dlaczego tak reklamuję portale randkowe? To proste, jest to wyjątkowo czasooszczędny sposób na poznanie kogoś. Wpisujesz w wyszukiwarkę swoje preferencje, zainteresowania, miasto, region w którym szukasz swojej połówki i po kilku sekundach pojawiają Ci się potencjalni kandydaci, a z całej rzeszy pokemonów i rzeczywistych odpadków społecznych trafiasz na kilka osób, które mogłyby wzbudzić Twoje zainteresowanie. Co robisz dalej? Zaczepiasz, piszesz. Tu co prawda pojawia się problem, bo niby to kobiety powinny być zaczepiane, adorowane, a te prawdziwie atrakcyjne nie muszą palcem nawet kiwnąć, żeby znalazło się kilku, co chcą zaprosić na kawę ze śniadaniem.

Zauważyłam, że ostatnio nawet facebook, stał się miejscem, w którym można kogoś poderwać. Zaczepiasz, ona/on odczepi i niedługo potem dochodzi do wymiany zdań. Poza tym, nawet najwięksi znani przeze mnie dżentelmeni (w rozumieniu dwudziestoparolatków) jak już poznają dziewczynę, to sprawdzają, czy jest im przychylna klikając z nimi. Za moich czasów używało się do tego esemesów, czy GG, dziś nie wiedzieć czemu jest to czat na fecebooku (ludzie, przecież on jest cholernie niewygodny, wiadomości nie docierają, dźwięk jest irytujący, brak wyraźnego wizualnego powiadomienia o nowej wiadomości. Moi znajomi, zwracam się do Was, komunikujcie się ze pisząc na mój numer GG).

Zaleta? Nie marnuje się czasu na umawianie się w kawiarni, cukierni, na spacer. Siedzisz wieczorem w bamboszach, maseczka z glinki zielonej na facjacie, kubek kakao obok i rozmawiasz z wybraną osobą. Dowiadujesz się czym się zajmuje, co lubi robić, co myśli na dany temat i przekonujesz się, czy w ogóle warto wychodzić z domu, żeby się z nią spotkać.

Szansa na spotkanie oszusta, skurwysyna, czy psychopaty jest równa do tej w realu. Pora tylko zrozumieć, że portale randkowe nie są tylko dla pasztetów i socjopatów. Żyjemy co raz szybciej, świat robi się co raz mniejszy, mamy co raz mniej czasu, a internet służy pomocą w poznawaniu nowych, ciekawych ludzi. Zamiast czekać na księcia z bajki, warto samej zrobić klik.

Piszę z własnego doświadczenia. K. był internetowym kolegą wobec, którego nie miałam żadnych planów związanych z zaangażowaniem uczuciowym. I co?  Sama go sobie znalazłam.

Tags: , , ,

nie matura, a chęć szczera

Jesteśmy po wynikach matury. Strasznie mnie ucieszyło, że liczba osób, która jej nie zdaje rośnie. Powiem Wam więcej, uważam, że i tak zdaje ją zbyt wiele.

Po co komu matura? Żeby iść na studia. Dlaczego wszyscy chcą studiować? Przecież już od ładnych paru lat ciągle się mówi o tym, że zawodówki świecą pustkami, niedługo nie będzie miał kto kolejnemu magistrowi koła w samochodzie zmienić, czy go ostrzyc. Przecież już od dawna mówi się, czyta, trąbi wszem i wobec, że tytuł magistra równa się pozycji bezrobotnego.

Teraz chciałabym się odnieść do tego oto listu pokrzywdzonego geniusza nauk humanistycznych.

Nie wiem czy matematyka powinna być obowiązkowa, czy nie. Wiem, że  mnie jako maturzystki by to przerażało, w końcu ja zdawałam tą gorszą maturę – bez obowiązkowej matmy.

Czy chciałabym, żeby moje dzieci, zdawały matmę? Tak. Chciałabym, żeby przy utrzymujących się trendach przeciętnych humanistów (co studiują, byle studiować, bo wypada, bo rodzice, bo cokolwiek i przez całe pięć lat narzekają i pieprzą głupoty o szkolnej udręce na 5 roku studiów), żeby jego pasja związana była z królową nauk. Przynajmniej wiedziałabym, że nie wychowałam pseudointelektualnego, rozpieszczonego narcyza, który za coś niezwykłego uważa czytanie książek i uważa to za podstawę startu na studia. Moje dziecko dostałoby w łeb za niezdaną maturę, szlaban na jedzenie i korzystanie z łazienki, dopóki nie nadrobi zaległości, które narobiło sobie same. Nie szkoła, nie nauczyciel, czy bezosobowy system edukacji. Skoro matura układana jest według programu nauczania w szkołach, to jak można jej nie zdać? Nawet jeśli nauczyciel jest kiepski, ma centralnie wyjebane, albo stosował metodę słuchaj uważnie bo nie będę powtarzać, to chciałabym, żeby moje dziecko mając świadomość zdawania matury w bliskiej przyszłości przyszło do mnie i powiedziało – nic nie umiem, pomóż.

Nie chcę wytykać głupoty nastolatce, bo prawo do głupoty to ona jeszcze ma. Chcę wytknąć głupotę jej rodzicom, za pobłażanie. Niezdanie matury po 3 latach ogólniaka? To wstyd i tyle. Pobłażanie jej w tym jest najgorszym błędem wychowawczym jaki można popełnić. Nie mówimy tu o nie zdaniu z klasy do klasy w podstawówce. Mówimy o egzaminie dojrzałości. Wierząc tym 100%, które jak mniemam ekslicealistka uzyskała nie z matury pisemnej rozszerzonej z polskiego (bo w to cholernie trudno mi uwierzyć), a z ustnej (o co zdecydowanie zbyt łatwo) i temu, że rozwiązywała tysiące arkuszy z matematyki i mimo wszystko oblała egzamin z przedmiotu, którego nie sposób nauczyć się inaczej niż rozwiązując zadania… to gratuluję rodzicom owej dziewoi za wychowanie kłamczuchy, bądź niesłychanej idiotki. Wystarczyłby rozwiązać z 10, żeby zdać. Ba, wystarczyłoby chodzić na lekcje. K. właśnie podetknął mi pod nos arkusz z ubiegłego roku, poziom podstawowy. Zarzekałam się że na dzień dzisiejszy nie zaliczyłabym go, myliłam się… Od 5 lat nawet nie dodawałam do siebie w pamięci liczb więcej niż dwucyfrwych, a jednak po takim czasie jestem w stanie przystąpić do zdawania przedmiotu, który był i moją kulą u nogi w liceum.

Wracając do bycia kłamczuchem. Właśnie dołączyłam do grona magistrów, czyli bezrobotnych. Wiem, że politologia to śmieszny, hobbystyczny kierunek, na swoje usprawiedliwienie nie wiedziałam o tym wybierając się na niego. Ja wiem, że ludzkie życie nie zależy od absolwentów tego kierunku, tak jak przyszłych prawników, czy lekarzy. Politologia nigdy nie była moją pasją, pasją było pisanie, sądziłam, że politologia pomoże mi w szukaniu tematów, mimo tego podczas studiów odpuściłam sobie ściąganie (nie licząc pierwszego semestru, kiedy walczyło się o przetrwanie, przyznaję się, ale to już był nawyk z liceum). Później uznałam, że to bez sensu, jestem dorosła, niegłupia, nikt mi nie kazał studiować, jeśli chcę, mogę to wszystko rzucić w cholerę, a wysoka średnia nie jest mi do niczego w życiu potrzeba. Dlatego Moi Kochani czuję się oszukana przez moich kolegów i koleżanki z roku. Poczułam się tak po raz pierwszy dopiero niedawno, kiedy podczas swoich obron, grupa osób z mojego roku, która skończyła ze średnią 5.0 na dyplomie zaczęła wspominać egzaminy i kolokwia, na których to ściągali, a lista była długa.

Być może są ode mnie bystrzejsi, pewnie bardziej zdeterminowani na sukces, ambitniejsi w źle rozumianym przez siebie znaczeniu. Co nie zmienia faktu, że ja przez 5 lat ze słabszymi stopniami czułam się przeciętną studenciarą i nawet było mi z tym dobrze…a teraz czuję się, jakby mnie ktoś wydymał.

 

 

 

powerpuff girl

Właściwie, to nic innego nie powinno mi zajmować głowy. W pewnym sensie tak jest. Plan jest taki – wykończyć sukę do końca maja, z końcem maja przenieść się na Podjuchy, z początkiem czerwca intensywnie szukać pracy.  Pomimo pierwszej porażki – Tieto nawet nie zadzwoniło, żeby umówić się na rozmowę i powiedzieć, że zadzwonią i  nie dzwonić. Wybrali drogę na skróty.

Prawda, że czeka mnie okres pełen stresu?

Biorąc pod uwagę to, że większość z osób, które czytają bloga to moi znajomi, a większość moich znajomych to moi rówieśnicy, bądź znajomi ze studiów, to większość z Was jest w podobnej sytuacji. Nie będę przynudzać. Magisterka to temat tabu na blogu.  Ciii…!

Jest jedna rzecz, która mnie mobilizuje. To kilka komentarzy, które pojawiło się na blogu. Nie reklamuję się, czekam aż stanę się sławna, „ot tak!”, więc kilka pochlebnych opinii od osób, które nie należą do grona moich znajomych traktuję śmiertelnie poważnie i potrafią mnie zmobilizować. Zmobilizowałam się tak, że ach!

Tak, że zapomniałam o czym to ja właściwie…

Ostatnio tak mnie zmobilizował, jakiś kiepski artykuł na stronie jednej z wielu gazet studenckich. Powiedziałam sobie, że przeniknę do składu redakcji i pojadę po studentach dziennikarstwa, którzy nie potrafią sklecić zdania, a napisanie recenzji filmu przekracza ich możliwości.

Odechciało mi się.

I powiedzcie mi, jak ja mam szukać pracy z takim zapałem? Chyba jednak nie mam powera. A co gorsze, to określam się jednym zdaniem: jestem młoda i kończę politologię. Jak, ktoś z taką autopromocją może przejść przez jakąkolwiek rozmowę kwalifikacyjną? W dodatku nie potrafię nic, prócz pyskowania na blogu.

Przynajmniej ciągle daleko mi do Sary May. Maj. Jak jej tam.