548377_318716278195721_2046460860_n

must have lans!

Pin on PinterestShare on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on Google+Print this page

Właśnie do kin wszedł Bling Ring Coppoli. W przybliżeniu dla niewtajemniczonych, jest to historia grupy nastolatków, którzy do tego stopnia są skoncentrowani na posiadaniu i zbieraniu lajków w swoim życiu towarzyskim dzięki ciuchom i błyskotkom. Ponieważ zastąpiłam ostatnio oglądanie filmów oglądaniem seriali i  czytaniem (w końcu!) filmu nie widziałam. Gra w nim i śmiało się wygina Emma Watsom, więc może Was to zachęci. Dla mnie to nieco za mało po okrutnie słabej Marii Antoninie,  żeby Coppoli dawać kolejną szansę wcześniej niż za kilka dekad.

Temat jednak podkręca to, że filmowa historia jest oparta na faktach. Mniejsza o kradzieże, w końcu nic w tym nowego i ciekawego. To, co zwróciło moją uwagę i można rzec, że w pewnym sensie poruszyło i od pewnego czasu porusza, to ta niekontrolowana chęć posiadania i szeroko pojętego lansu.

Zacznijmy od lansu. Oczywiście nie mam tu mowy o rozdzieleniu must have od nieodpartej potrzeby akceptacji. Świat się powiększył dzięki mediom społecznościowym.  Stosujemy je jako nośnik naszej zajebistości. Już nie wystarczy mieć konta na fb, żeby istnieć w wirtualnym realu. Teraz potrzebujemy pinteresta (przyznam się, że sama niedawno wpadłam w jego sidła), twittera, instagramu, do bombardowania świata swoją osobą. Chcemy być lubiani, a pozycja zza monitora jest najlepszą do czynności tak skomplikowanej, jak kreacja własnego ja. I tak oto, pozujemy do zdjęć, przerabiamy, je, nakładamy filtry, zakładamy najlepsze ciuchy, występujemy w pełnym makijażu, najlepszych ciuchach, chwalimy się  tym, co posiadamy, bez względu, czy jest to nowy ajfon, kubek, samodzielny wypiek, czy pies. Oglądamy tutoriale jak zapleść warkocz, w którym ostatnio na ściance pojawiła się Kim Kardashian (no chociaż ona może nie jest najlepszym przykładem do naśladowania).  Chcemy być piękni, zawsze młodzi, aktywni,brać z życia 200%… a przynajmniej jesteśmy w stanie wiele zrobić i jeszcze więcej wydać, żeby inni tak myśleli.

I na wydawaniu pieniędzy, często ciężko zarobionych, przez nas, przez współmałżonka, czy rodziców. Jestem kobietą, a więc uwielbiam zakupy. Nie jestem od tego wolna, więc jeśli poczuliście się, albo poczujecie osądzani, wiedzcie, że cały czas pisze również o sobie i nie odcinam się od tematu.  Nie widać tego, ale staram się śledzić i blogi modowe i kolekcje sieciówek, czasami nawet wielkich domów mody (chociaż wychodzę z założenia, ze skoro coś jest nieosiągalne, nie warto temu poświęcać więcej uwagi).  Nie chcę tu wychodzić na kogoś eko, czy skrajnie minimalistycznego.  Ani to, ani to. Chcę jednak przystopować i zastanowić się, czy ktoś nie robi mnie w bambuko twierdząc, że  bez jakiegoś must have obecnego sezonu będę odstawać na niekorzyść, nie będę trendy, halo, spoko, czyli nie będzie mnie wcale.

Ktoś skutecznie wmawia nam, że potrzebujemy takiej torebki, takiej bluzki, takiej marynatki i takich butów. I tak co miesiąc na jakiś must have  wydajemy więcej niż zarabiamy (to jest fenomenlne zjawisko w kraju, w którym wszyscy narzekają na brak pracy, na niskie wynagrodzenia, na wysokie składki ZUS, wysokie koszta utrzymania, drogie leki, a mimo tego,  codziennie tłumy walą do centrów handlowych wydawać pieniądze, których nie mają i marnować czas którym nie dysponują).

I nie cieszcie się tak panowie, bo i Wy łapiecie się ostatnio na trendy look, zmieniacie oprawki na hipsterskie, chodzicie z nowym smartfonem, jeszcze lepszym, jeszcze droższym. Wszyscy czytamy te same książki – bestsellery,  oglądamy to samo, bo przecież nieznajomość serialu „Gra o tron” wyklucza nas z social światka, gdzie pełno spoilerów i memów o tym że Jon Snow nic nie wie.  I w tym miejscu śmieję się sama z siebie, bo sama za Pieśnią Lodu i Ognia przepadam :)

I tak oto na ulicach mamy stadko klonów, każdy wygląda tak samo, czesze się tak samo, ma takie same telefony, którymi fotografuje żarcie z knajpy i wrzuca na FB. Musimy koniecznie podzielić się ze światem, jak wyglądała i smakowała pizza, krewetki, czy curry, bo przecież wszyscy w dodatku nie dość, ze uważamy się za krytyków to w dodatku jesteśmy tak samo krytycznie nastawieni do świata i do ludzi. Chcemy być jak Gregory House, albo chociaż  mieć tak wyjebane jak Hank Moody. Zapominamy jednak, że jeden skończył fatalnie, a drugi skończy podobnie.

Lubimy oceniać wszystko i wszystkich panicznie bojąc się słów na swój temat, jeśli tylko nie będą odzwierciedleniem naszej starannej social kreacji.  W końcu jesteśmy klientami i wymagamy, jesteśmy konsumentami, i właściwie nikim więcej.   I tak oto, klasyczne pytanie mieć, czy być zamieniło się na stwierdzenie, mieć by być.

Pin on PinterestShare on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on Google+Print this page

2 Comments

  • Nie powinnaś być pewna, że nie osiągam :) Jakiś czas temu przewartościowałam sobie kilka spraw i wydaje mi się, że spuściłam z tonu. Ja odsyłam do motta na górze strony. Taką postawę przyjęłam. Dalej jestem przekonana o swojej bystrości, jednak nie o nieomylności.
    Moje dziennikarskie ambicje legły w gruzach, kiedy przekonałam się, że nie nadaję się do takiego zajęcia, do jego tempa. To było jakieś pięć lat temu. Kawał czasu :)

    A co do 200 procent z życia – ja bardzo długo walczyłam o prawo do przeciętności, w czasach, gdy grupa szaleńców pokładała we mnie zbyt wielkie nadzieje. Ja nie muszę skakać na bungee, chodzić z imprezy na imprezę, mieć 300 przyjaciół. Jeśli miałabym wybrać model lifestylowy to byłby to „slow”.

    Zastrzegam tylko, że nie przypominam sobie, żebym napisała, że marzenia są żenujące. Marzenia są super, tylko różni ludzie mają różne, moje nie dotyczą kariery, zarobków. Nie poddaję tego również ocenie. Zazdroszczę każdemu czegoś po trochu, ale to normalna ludzka cecha:) Tylko zadaję pytanie, po co lans, czy jak to ładnie nazwałaś ekshibicjonizm? Bo jedno bez drugiego nie istnieje, a w social światku można nawet pokusić się o postawienie znaku równości :) Tekst był pisany w nawiązaniu do tematu filmu Coppoli, czyli chwalę się gdzie byłam, co mam na sobie, chociaż jest to rzecz wyrwana z kontekstu, a przedmioty którymi się otaczam mogą nawet nie należeć do mnie. To tak zwane zbieranie lajków, w świecie, gdzie ich ilość świadczy o twojej popularności (w znaczeniu: lubiany, ktoś komu zazdrościmy).

    Nie muszę się dzielić z nikim moim życiem, ani poddawać ocenie, czy pozwalać ja jego ocenę :) Chciałabym ograniczyć się do pisania tu raz na jakiś czas i to wszystko. Domyślam się, że moje narzekania powodują, takie, nieprzyjemne spostrzeżenia z Twojej strony. Postaram się ograniczyć! :)

    Pozdrawiam!
    E.

    View Comment
  • Social media + aparaty właściwie w każdym mobilnym urządzeniu pomagają także „wyłapać” moment. Zapamiętać daną chwilę. Pstryknąć sobie fotkę z chłopakiem przy śniadaniu w łóżku, na spacerze, na obiedzie. To, że zdjęcia lądują potem na portalach społecznościowych, to już forma bardziej ekshibicjonizmu niż lansu. Ten pojawia się chyba na blogach o modzie. Drogie rzeczy od projektantów, na które prawie nikogo nie stać, przyciągają większą widownię. Robienie zdjęć gadżetom niewątpliwie ma budzić zazdrość.

    Nie odbierz tego źle. Mam jednak pytanie. Jak się czujesz z faktem, że nic nie osiągasz w życiu? Zawsze miałaś takie dziennikarskie ambicje, byłaś bardzo zarozumiała i przekonana o własnej bystrości. Jak się odnosisz do realiów, tj. kiepskiej pracy, zwykłej, odtwórczej, nierozwijającej? To pytanie ma związek z postem: ty nie wyciągasz 200 procent z życia. Uważasz życie pełne marzeń i zabawy za żenujące czy zazdrościsz?

    View Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*