Big Fat Gypsy Wedding

własny ślub – szkoła przetrwania!

Pin on PinterestShare on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on Google+Print this page

 

Właściwie to mogłabym napisać post o tym „Jak źle wyglądać na własnym ślubie”, ale o tym później.

Przede wszystkim chcę zaznaczyć, że od samego początku byłam przekonana, że chcę wziąć ślub konkordatowy i że właściwie wesele nie jest złym pomysłem. Chciałoby się to przeżyć wspólnie, uczcić, spotkać, śmiać, tańczyć i pić z dawno niewidzianym towarzystwie. Tak myślałam do mniej więcej dwóch tygodni przed ślubem. Apogeum wątpliwości dotyczących (nie, nie doboru partnera! co to, to nie :)), czy rzeczywiście cała ta feta, sukienka, garnitur, lista gości, cały ten stres jest tego wart. Czy nie lepiej kameralnie, w gronie najbliższych z rodziny i przyjaciół?

No cóż. Co może się przytrafić przed ślubem?

Problemy ze zgodą na ślub z lokalnej parafii. Zmiana księdza, który ma udzielić ślubu i tym samym ma inne wymagania (np. nauki przedślubne, o konieczności zrobienie których dowiedzieliśmy się na miesiąc przed ślubem, na początku moje nauki przedmałżeńskie miały wystarczyć).  Spowiedź dzień przed ślubem o 5:30 rano!

Do tego na miesiąc przed ślubem dzwoni salon, że zabrakło koronki do sukienki, trzeba wybrać inną. Poganianie salonu, salon pogania producenta , bo sukienka musi być gotowa na tydzień przed ślubem, później wyjeżdżam. A tu jeszcze, co najmniej dwie przymiarki. Sukienka zamawiana kilka miesięcy wcześniej.

Wybór menu.  2 godziny. Później u właściciela obiektu ustalanie go jeszcze raz. Pole do popisu dla mam. Bo przecież kwestia, czy mają być śledzie, a jeśli tak to jakie (w oleju? pomidorach, a może w śmietanie?) wymaga ponad 20 min zagorzałej dyskusji.

Do tego każdy pyta jak tam, stres jest? TO jest stresujące!

W dodatku musisz schudnąć po kupieniu sukienki na poprawiny i musi zwisać z Ciebie jak worek. Na cztery dni przed trzeba oddać ją do poprawki, która jest nie do zauważenia po nocy w sukni ślubnej i sporej utracie wody (gorącoooo!).

Do tego dochodzą jeszcze rodzice. Tato, człowiek, który jest bardzo oszczędny w słowach nagle zaczyna mówić bez przerwy, skacze z tematu na temat bez związku. Do tego stopnia, ze przyznam się ze wstydem, że zdarzało mi wyciągnąć wtyczkę zasilania w głowie. Mama, kochana, próbująca nad panować nad całym wydarzeniem i samą sobą. Która chce zadowolić wszystkich, ogarnąć wszystko, zaplanować i zamiast poprzestać na najprostszych rozwiązaniach zaczyna kombinować, przekręcać, obkręcać i komplikować rzeczy proste. Śmigający i żywo gestykulujący kłębek nerwów, za którym nie można nadążyć.

Do tego, jak ja się umówiłam  na próbny makijaż i fryzurę! Święcie przekonana, że wszystko we czwartek, wstaję spokojnie w środę, jem śniadanie, a tu telefon z salonu. Próba była na środę. Już jestem 20 min spóźniona. No to biegnę, nieco ponad 5 min i jestem! Zmachana, spocona, wystraszona, przepraszająca. Kompletnie nieprzygotowana. Tyle przeglądania stron w necie i gazet poszło na marne. Trzeba opisać. O ile z włosami nie było problemów i jak mi się wydawało  z makijażem też, przynajmniej na próbie, o tyle okazało się, że nie można ufać kobietom z salonu, które mówią Ci że wyglądasz cudownie. I nie można się dawać namówić, pomimo wewnętrznym oporom na eksperymenty. I tu odpowiem na pytanie, jak źle wyglądać na własnym ślubie? Ano tak, słuchać bezsprzecznie kosmetyczki. Pójść w dniu ślubu do salonu samej (świadkowa nie może, sama musi się przygotować, siostra nie da rady, mama ma misję w czasie). I tak oto, zaproponowano mi podkreślenie oczu. Zawsze miałam kompleks, uważałam, że mam małe świńskie oczka, więc pomysł nie wydał mi się zły. I o ile po próbnym nie było tak źle (tłumaczyłam sobie to tym, że nie chodzę w mocnym makijażu (a to pacnę cieniem, tam jeszcze trochę i jakoś mogę na siebie patrzeć). W dniu ślubu jednak miałam mieć doczepiane rzęsy. Po raz pierwszy w życiu. Wszyscy mówili że to świetny pomysł, że „otworzą oko” , namawiali, etc. Szkoda tylko, że nikogo z tych mądrali nie było przy mnie, kiedy dochodziło do tej okropnej zbrodni! Wiecie jak się zakłada sztuczne rzęsy? Bo ja już wiem, przez cały proces nic nie widzisz. Oczy zamknięte, klej musi zaschnąć. Gdybyście widzieli mnie i moją minę po zakończeniu tego procesu! Rzęsy rzucają się w oczy, jak u pieprzonej draq queen. Odstają w kącikach jak od linijki. Skracają mi pole widzenia (Ewa, przyzwyczaisz się! Mówiła kosmetyczka. Nie przyzwyczaiłam!). Serio, widziałam swoje rzęsy! Przez cały dzień widziałam swoje rzęsy! (teraz sprawdzacie, czy widzicie swoje?).  Są zajebiście długie i czarne. Wyglądam jak stara lampucera. W tym momencie zjawiła się moja mama, ja już prawie łzy w oczach, kobiety w salonie zachwycone, a mi się chce ryczeć. Podobno rzęs nie można ściągnąć, bo zejdą razem z naturalnymi (bullshit! teraz to wiem!) . Co a to mama?

– Eeee… może niech Ci je trochę przytnie… po bokach?

(tak, moje rzęsy miały boki!)

Rzęsy zostały przycięte, ku niezadowoleniu ich twórcy. Zostały przycięte razem z tymi naturalnymi.

Myślałam, że nie wyglądałam tak źle. Dopóki nie zobaczyłam zdjęć. Makijaż spłynął, podkład, cienie, widać tylko wielkie czarne, sztuczne rzęsy. Ja się świeciłam, widać było wszystkie moje pryszcze, a te przeklęte sztuczne szczoty nie powiększyły oczu, wręcz przeciwnie, tylko obciążyły powieki.

Do tego ludzie, jak robicie zdjęcia, nie róbcie ich z profilu… To nigdy się dobrze nie kończy.

Do litanii moich narzekań mogę dodać sukienkę – która mam podejrzenia wcale nie była szyta na miarę, o ile miara oznacza jakąś standardową rozmiarówkę. Przecież ja nie mam tak ogromnych piersi, a sukienki nie można było dopasować w talii (wiązanie z tyłu, którego nie można było na przymiarkach dokonać ostatecznie, żeby nie postrzępić sznurka i haftek).

Ale z jednego jestem zadowolona. Z wesela :) Zabawa przednia, a to chyba coś znaczy, skoro sama wybawiłam się na własnym weselu. Bez niepotrzebnego spięcia (ach ta wódka!), dużo śmiechu, całusów, przytulańców, tańców. Fantastyczni goście :) Wspaniali przyjaciele! Kochani rodzice i teściowie! I najlepszy Mąż jakiego mogłam sobie wyobrazić.  On  uważa, albo dobrze udaje (ale to nieistotne), że wyglądałam dobrze w dniu Naszego ślubu.  I w tym momencie mogę z całą stanowczością i satysfakcją stwierdzić – jestem szczęśliwą mężatką. Może i nie będę mieć pięknych zdjęć, ale za to mam mnóstwo czasu na zrobienie całego mnóstwa tych  fatalnych z Mężem :)

 

Pin on PinterestShare on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on Google+Print this page

1 Comment

  • Czytajac tego wpisa z usmiechem na twarzy wspominam nasze przygotowania. Teraz juz wiem ze w zasadzie to nie warto sie tak wszystkim prsejmowac, ze nie ma sensu klocic sie o to czy kasia moze siedziec obok szymona, a sledz ma byc w oleju. Czy to nie bedzie dziwne ze mam 2 swiadkow facetow i czy nie przesadzilem z wodka.
    Hej. To ma byc zabawa. To jest swieto. To jeden jedyny taki dzien w naszym zyciu. I warto przezyc te wszystkie stresy, nerwy i wygrac z problemami a po jakims czasie juz z usmiechem wspominac najlepsza zabawe ever!
    Najlepszego. Duzo milosci i szczescia na nowej drodze zycia.

    View Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*