Archive for category mędrkowanie

pan pozna panią

Bycie singlem, jakoś nigdy mi szczególnie nie doskwierało w czasach, kiedy do bycia singlem byłam zmuszana. Bo przecież zazwyczaj jest tak, że coś, lub ktoś nas do tego zmusza.

Pominę temat samotnych kobiet, znam taką, której chcę powiedzieć, żeby była samotna gdzie indziej. Jest to jedyny przypadek żeński z mojego otoczenia, który radzi sobie z singliestwem gorzej niż przeciętny mężczyzna.

Dzisiaj krótko, ale czy nie zauważyliście, że jeden facet, który jest singlem zaczyna przesadnie dbać o siebie, stara się robić z siebie bardziej wrażliwego i bardziej inteligentnego, taki Dżony Dip ze szczeniaczkiem w dłoniach, z którym pogadasz nad wyższością 1 sezonu Seksu w Wielkim Mieście nad 6?  Drugi z kolei zaczyna uważać kobiety za złe do szpiku kości i stylizuje się na skurwiela płacząc do wódki, bądź poduszki podczas robienia sobie dobrze?

Jako osoba znająca się na wszystkim stwierdzam… no dobra, „zadaję pytanie” czy to przypadkiem nie jest wyraz pewnej desperacji? Jakby, ktoś był bez okresu przejściowego, „jestem singlem, teraz zadbam o siebie dla siebie (celowo bez przecinka)”. Bo przecież nie ma sposobu na znalezienie kogoś do kochania nas, jeśli nie będziemy kochać siebie, nawet w tedy, kiedy jesteśmy samotni.

Tags: , ,

mamuśki uzależnione

Tak, to ja! Po długiej przerwie. Żyję, pracuję. Z racji tego, że jest to zajęcie w trybie zmianowym, nie mam siły, ani czasu na regularne wpisy. Mam nadzieję, że jak wbiję się w rytm i nauczę rozkładać siły, po 10 godzinach pracy w trybie 11:00-21:30, gdzie do domu trafiam zazwyczaj przed 23:00.

Ostatnio moją jedyną lekturą są służbowe maile, i „On i Ona o seksie” Lwa-Starowicza ( może wyciągnę z tego, jakieś ciekawe wnioski, w każdym razie gorąco polecam!). No i listy od czytelników do „Wysokich obcasów”. I taki oto list chciałabym przytoczyć. Oto i on (link bezpośredni):

 

22.10.2011 aktualizacja: 2011-10-21 16:05
Źródło: www.wysokieobcasy.pl

Za co żyć po rozwodzie?

Teraz moja sytuacja z mężem jest tragiczna… chcę rozwodu i co teraz? czy jest ktoś w stanie mi pomóc i zmienić mój błąd?

Zwracam się do Was z problemem, który na pewno dotyczy wielu kobiet… a więc….

Wyszłam za mąż , gdy miałam 20 lat urodziłam jedno dziecko, w międzyczasie zrobiłam studia licencjackie, urodziłam drugie dziecko i siedziałam w domu i wychowywałam dzieci- nie pracując zawodowo….było pięknie kochający mąż dzieci….i myślałam ,że ta bajka będzie trwać wiecznie …niestety…skończyło się a ja teraz po pierwsze nie mam ZUSu (kobiety wychowujace dzieci powinny mieć uznany przez Państwo ZUS- tak jak opiekunki do dzieci- a tu dzieci i jeszcze cały dom na głowie-……i co z tym związane lat pracy potrzebnych do emerytury …. w rezultacie figa.

Teraz moja sytuacja z mężem jest tragiczna… chcę rozwodu i co teraz? czy jest ktoś w stanie mi pomóc i zmienić mój błąd?

I na takie kobitki mi się nóż w kieszeni otwiera. Fajnie jest siedzieć w domu, zajmować się dziećmi. Owszem traktuję to jako pracę, na pełen etat. Z tym, że całe mnóstwo innych kobiet mających dzieci pracuje zawodowo w pełnym wymiarze godzin i zajmuje się domem, i nie wiem czy dlatego, że muszą, czy dlatego że chcą. Jedno jest pewne, życie to nie bajka, trzeba się zabezpieczać, również po ślubie i również w kwestiach finansowych.  Życie w bajce jest cudne, ale bajka może potrwać rok, dwa.  Nie ma jak to za swoją nieodpowiedzialność i naiwność winić byłego męża i system/państwo.  To jak powinno być wszyscy wiemy, ale wiemy też, że tak nie jest, że mężowie pań prowadzących dom i wychowujących dzieci muszą dobrze zarabiać i odprowadzać za żonę dodatkowe składki. Tylko w każdym przypadku…po co stawać się uzależnioną finansowo od męża, który w każdej chwili może zniknąć z naszego życia? Poza tym, nie wiem jak Wy, ale ja odniosłam wrażenie, że kobieta ma pretensje do męża, uważa że zrobił z niej życiową kalekę. I domieszka tej beznadziejnej postawy „bo ja nie wiedziałam”, która sprawdza się tylko w podstawówce w przypadku nieodrobienia zadania domowego. Czasami dziwi mnie, jacy ludzie biorą się na wychowywanie dzieci, będąc tak niedojrzałymi. Szkoda też, że ludziom emocje i własne, skrzywdzone ego przysłania faktyczny stan rzeczy.

W dodatku nie rozumiem porównania do opiekunek do dzieci. Od kiedy ktoś ma płacić matce, czy odprowadzać za nią składki na ZUS za wychowywanie własnych dzieci?

 Jak żyć po rozwodzie w przypadku tej kobiety? Bardziej odpowiedzialnie, ostrożnie, świadomie. Przede wszystkim to nie biadolić, tylko wziąć się do roboty.

 

 

Tags: , , ,

foie gras to nie faux pas

Wegetarianie są spoko. O ile nie przekonują mnie do swoich racji i nie starają uwrażliwiać.  Azor powinien znaleźć dom, a ludzi, co ciągnęli psa za samochodem powinno się potraktować tak samo.  Uważam, że jeśli tylko możemy zwierzętom pomagać trzeba, same sobie nie pomogą. Nie zapominajmy jednak, że zwierzęta są też naszym pokarmem, przynajmniej tej części społeczeństwa, która spożywanie mięsa deklaruje. Jest nas za dużo, polować w zasadzie nie wolno, więc zwierzęta hodujemy, kontrolujemy ich rozród, karmimy i wysyłamy na ubój, zgodnie z przeznaczeniem, które znajduje się na talerzu.

Od kilku dni wrze, jakaś tam fundacja zwymyślała Magdzie Gessler, że u niej podaje się foie gras, a to przecież nic innego jak chora wątroba gęsi, którą tuczy się do granic możliwości. Rurką się kukurydzę wpycha, o. Do gardła, żeby nie było. Wiecie co, zdjęcia są drastycznie z takich hodowli, ale równie dobrze można strzelić fotki z ubojni, a pojawi się akcja na rzecz nie zabijania zwierząt w ogóle.  Nie wiem jaka jest różnica w tym, czy podaje nam się chorą gęsią wątrobę ptaka karmionego z rurki, czy z ręki, czy ze szczęśliwego chowu, czy nie. Chodzi tu raczej o wrażliwe sumienie konsumenta, niż dobro zwierzęcia, które urodziło się by wylądować na talerzu.

Na facebooku burza, znajomi wrzucają linki, każą podpisywać pertycje, chcą jechać z odsieczą gąskom. Wszyscy zgodnie nienawidzą Gessler i jej niehumanitarności. Od razu kreuje się wiedźmę, co to zysk czerpie z cierpienia niewinnych i bezbronnych.

W każdym bądź razie Magda Gessler odpowiedziała (niestety, wystarczyło pomilczeć, za tydzień nikt by o sprawie nie pamiętał, że „zszargano” jej imię, ktoś chciał się wypromować). Zaprzeczyła, jako by propagowała karmienie dorurkowe (w skrócie), tylko z wspomnianej już opiekuńczej i humanitarnej dłoni hodowcy. No i że przecież ona wspiera ekologiczne uprawy i hodowle.

Co na to fundacja? Fundacja w sposób bardzo dla mnie zabawny wyrzuca, co Gessler mówiła w wywiadach. Zabawne, prawda? :)

W wywiadach, które są znane naszej fundacji, Pani Gessler nigdy nie wspominała o tym, że promuje i zachęca do spożywania wątroby z ekologicznego chowu – wręcz przeciwnie na pytania, które zadawali dziennikarze czy nie czuje dyskomfortu spowodowanego świadomością, że zwierzęta cierpią przy produkcji foie gras – np. w Tok Fm w 2009 r., nie wspomniała nic o sposobie chowu. Tłumaczyła, że nie widzi nic złego w foie gras i że nie jest zwolenniczką zakazu tuczu, który istnieje w polskim prawie. Pani Gessler jest zaangażowana w walkę o jakość żywności, co nie znaczy, że o jakość życia zwierząt ani o propagowanie zdrowego odżywiania.

 

Jeśli chodzi o zarzut braku kontaktu by „poznać prawdziwe fakty i stanowisko na temat foie gras”, to Pani Gessler wielokrotnie w swoich programach i wywiadach dawała wyraz pogardzie dla życia zwierząt, traktując je bezrefleksyjnie jako surowiec i półprodukt, z którego wytwarza się dania. Nie znamy ani jednego przypadku kiedy Pani Gessler mówi o potrzebach zwierząt hodowanych na mięso, ich emocjach, cierpieniu czy – tak to nie pomyłka – uczuciach.

 Wiecie, co jak co, ale Gessler chyba promuje zdrowe odżywianie, przez promocję i „walkę” (list do Prezydenta w sprawie GMO) o ekologiczne uprawy, o odżywianie bez dodatków chemii (ile razy wytyka niekompetentnym kucharzom gotowanie z torebki?).  Aczkolwiek nie będę jej wnosić na piedestał, bo i mnie czasami irytuje.

Ostatnie podkreślone zdanie sprawia, że fundacja dla mnie ginie z kretesem w sporze, który wymyśliła.

I jeszcze końcóweczka:

 Pani Magda Gessler jest również autorką cytatu, w którym osoby nie jedzące mięsa nazywa inwalidami, co obraża zarówno wegetarian jak i o osoby niepełnosprawne. Nawet przy dużej woli dialogu ze strony naszej fundacji w/w okoliczności nie zachęcają do niego.

 

Tak, jest autorką tego zdania, zdania, które zapisała na swojej facebookowej tablicy. Widać materiały dowodowe przeciwko znanej restauratorce Magdalenie G. były zbierane od dłuższego czasu. A tak serio, to co ma piernik do wiatraka?

Jestem niepełnosprawna i nie czuję się urażona, więc nie wiem w czyim imieniu mówi fundacja. Zdanie też jest wyjęte z kontekstu, Gessler jest uzależniona od fecebooka, robi mnóstwo literówek, pisze niedbale. Wydaje mi się, że osoba tak emocjonalna, z taką burzą loków na głowie i myśli w głowie może mieć czasami problem z wypowiedzeniem czegoś konkretnego, skrystalizowanego, czy przemyślanego.

I nie może być mowy o dialogu ze strony fundacji, która oskarża powołując się na wywiady, tablicę na facebooku, która w zasadzie nie wiadomo po co oskarża i organizuje akcję przeciw osobie, a nie przepisom prawa normującymi warunki hodowli zwierząt przeznaczonych na ubój.

Osoby nie jedzące mięsa sama mogłabym nazwać inwalidami, pozbawiającymi się źródła ważnych substancji odżywczych, których spożywanie leży w naturze człowieka. Dla mnie są to osoby z pewną dysfunkcją emocjonalną, nadwrażliwością.  Co nie zmienia faktu, że wszystkich swoich znajomych wegetarian lubię, szanuję, tylko nie rozumiem.

Zasadniczo nie mam nic do zwierząt. Ba, bardzo lubię zwierzęta, zarówno głaskać i tulić, jak i na talerzu.  Fundacja się ośmieszyła, a Gessler wdała w niepotrzebny spór. Mnie nie obchodzi skąd Gessler bierze chore gęsie wątroby, chciałabym tylko, żeby czasami poprawiła dbałość wpisów i zastanowiła się zanim coś chlapnie. Bo czasami chlapie głupotami.

Tags: , , , ,

miłość on-line

Starałam się jakoś do tego tekstu przygotować, czytając fragment Psychologii internetu P. Wallace.  Dupa, niczego się nie dowiedziałam, jak to zwykle bywa, czytając niby to literaturę z półki psychologia.  Będzie więc po mojemu, jak zwykle.

Na dniach rozmawiałam z E. Dziewczyna stara się jakoś ułożyć swoje życie uczuciowe, ale jak to zwykle bywa w przypadku kobiet pięknych, inteligentnych i znającyc swoją wartość – źle trafiała. I mówię tu poważnie, w mojej obiektywnej (chyba) ocenie, ostatnich 3, z którymi się spotykała to chodzące porażki, totalne niedopasowanie i zero chemii.  Rzuciłam więc pomysł, żeby może spróbowała znaleźć kogoś przez net. W końcu hellloł, żyjemy w XXI wieku i i tak większość spraw załatwiamy siedząc przed kompem… no, a przynajmniej mamy taką możliwość.  Możemy kupić samochód, papier toaletowy, ziemniaki, opłacić rachunki, możemy się nawet wyspowiadać

E. spojrzała na mnie, jakbym opowiedziała dowcip, a ja tak zupełnie serio. Wiem, że pokutuje jakiś dziwny pogląd, że w necie to ogłaszają się same resztki społeczne, których nikt nie chce. Podobno, skoro szukasz miłości zza swojego monitora, to oznacza, że jesteś w jakiś sposób wybrakowany, czy to mało inteligentny, czy przystojny, jesteś oszustem, zależy Ci tylko na seksie, jesteś socjopatą, mieszkasz z rodzicami? Chyba mogę  podziękować Czesławowi Mozilowi, za to, że przyznał się do korzystania z serwisów randkowych (co prawda chyba tylko w celu znalezienia partnerki do łóżka, ale zawsze). Jest niski i nie można zrozumieć o co mu chodzi, ale przynajmniej jest znany i fajną muzę robi, a to wystarczy do znalezienia sobie żony bez pomocy internetu.

Dlaczego tak reklamuję portale randkowe? To proste, jest to wyjątkowo czasooszczędny sposób na poznanie kogoś. Wpisujesz w wyszukiwarkę swoje preferencje, zainteresowania, miasto, region w którym szukasz swojej połówki i po kilku sekundach pojawiają Ci się potencjalni kandydaci, a z całej rzeszy pokemonów i rzeczywistych odpadków społecznych trafiasz na kilka osób, które mogłyby wzbudzić Twoje zainteresowanie. Co robisz dalej? Zaczepiasz, piszesz. Tu co prawda pojawia się problem, bo niby to kobiety powinny być zaczepiane, adorowane, a te prawdziwie atrakcyjne nie muszą palcem nawet kiwnąć, żeby znalazło się kilku, co chcą zaprosić na kawę ze śniadaniem.

Zauważyłam, że ostatnio nawet facebook, stał się miejscem, w którym można kogoś poderwać. Zaczepiasz, ona/on odczepi i niedługo potem dochodzi do wymiany zdań. Poza tym, nawet najwięksi znani przeze mnie dżentelmeni (w rozumieniu dwudziestoparolatków) jak już poznają dziewczynę, to sprawdzają, czy jest im przychylna klikając z nimi. Za moich czasów używało się do tego esemesów, czy GG, dziś nie wiedzieć czemu jest to czat na fecebooku (ludzie, przecież on jest cholernie niewygodny, wiadomości nie docierają, dźwięk jest irytujący, brak wyraźnego wizualnego powiadomienia o nowej wiadomości. Moi znajomi, zwracam się do Was, komunikujcie się ze pisząc na mój numer GG).

Zaleta? Nie marnuje się czasu na umawianie się w kawiarni, cukierni, na spacer. Siedzisz wieczorem w bamboszach, maseczka z glinki zielonej na facjacie, kubek kakao obok i rozmawiasz z wybraną osobą. Dowiadujesz się czym się zajmuje, co lubi robić, co myśli na dany temat i przekonujesz się, czy w ogóle warto wychodzić z domu, żeby się z nią spotkać.

Szansa na spotkanie oszusta, skurwysyna, czy psychopaty jest równa do tej w realu. Pora tylko zrozumieć, że portale randkowe nie są tylko dla pasztetów i socjopatów. Żyjemy co raz szybciej, świat robi się co raz mniejszy, mamy co raz mniej czasu, a internet służy pomocą w poznawaniu nowych, ciekawych ludzi. Zamiast czekać na księcia z bajki, warto samej zrobić klik.

Piszę z własnego doświadczenia. K. był internetowym kolegą wobec, którego nie miałam żadnych planów związanych z zaangażowaniem uczuciowym. I co?  Sama go sobie znalazłam.

Tags: , , ,

nie matura, a chęć szczera

Jesteśmy po wynikach matury. Strasznie mnie ucieszyło, że liczba osób, która jej nie zdaje rośnie. Powiem Wam więcej, uważam, że i tak zdaje ją zbyt wiele.

Po co komu matura? Żeby iść na studia. Dlaczego wszyscy chcą studiować? Przecież już od ładnych paru lat ciągle się mówi o tym, że zawodówki świecą pustkami, niedługo nie będzie miał kto kolejnemu magistrowi koła w samochodzie zmienić, czy go ostrzyc. Przecież już od dawna mówi się, czyta, trąbi wszem i wobec, że tytuł magistra równa się pozycji bezrobotnego.

Teraz chciałabym się odnieść do tego oto listu pokrzywdzonego geniusza nauk humanistycznych.

Nie wiem czy matematyka powinna być obowiązkowa, czy nie. Wiem, że  mnie jako maturzystki by to przerażało, w końcu ja zdawałam tą gorszą maturę – bez obowiązkowej matmy.

Czy chciałabym, żeby moje dzieci, zdawały matmę? Tak. Chciałabym, żeby przy utrzymujących się trendach przeciętnych humanistów (co studiują, byle studiować, bo wypada, bo rodzice, bo cokolwiek i przez całe pięć lat narzekają i pieprzą głupoty o szkolnej udręce na 5 roku studiów), żeby jego pasja związana była z królową nauk. Przynajmniej wiedziałabym, że nie wychowałam pseudointelektualnego, rozpieszczonego narcyza, który za coś niezwykłego uważa czytanie książek i uważa to za podstawę startu na studia. Moje dziecko dostałoby w łeb za niezdaną maturę, szlaban na jedzenie i korzystanie z łazienki, dopóki nie nadrobi zaległości, które narobiło sobie same. Nie szkoła, nie nauczyciel, czy bezosobowy system edukacji. Skoro matura układana jest według programu nauczania w szkołach, to jak można jej nie zdać? Nawet jeśli nauczyciel jest kiepski, ma centralnie wyjebane, albo stosował metodę słuchaj uważnie bo nie będę powtarzać, to chciałabym, żeby moje dziecko mając świadomość zdawania matury w bliskiej przyszłości przyszło do mnie i powiedziało – nic nie umiem, pomóż.

Nie chcę wytykać głupoty nastolatce, bo prawo do głupoty to ona jeszcze ma. Chcę wytknąć głupotę jej rodzicom, za pobłażanie. Niezdanie matury po 3 latach ogólniaka? To wstyd i tyle. Pobłażanie jej w tym jest najgorszym błędem wychowawczym jaki można popełnić. Nie mówimy tu o nie zdaniu z klasy do klasy w podstawówce. Mówimy o egzaminie dojrzałości. Wierząc tym 100%, które jak mniemam ekslicealistka uzyskała nie z matury pisemnej rozszerzonej z polskiego (bo w to cholernie trudno mi uwierzyć), a z ustnej (o co zdecydowanie zbyt łatwo) i temu, że rozwiązywała tysiące arkuszy z matematyki i mimo wszystko oblała egzamin z przedmiotu, którego nie sposób nauczyć się inaczej niż rozwiązując zadania… to gratuluję rodzicom owej dziewoi za wychowanie kłamczuchy, bądź niesłychanej idiotki. Wystarczyłby rozwiązać z 10, żeby zdać. Ba, wystarczyłoby chodzić na lekcje. K. właśnie podetknął mi pod nos arkusz z ubiegłego roku, poziom podstawowy. Zarzekałam się że na dzień dzisiejszy nie zaliczyłabym go, myliłam się… Od 5 lat nawet nie dodawałam do siebie w pamięci liczb więcej niż dwucyfrwych, a jednak po takim czasie jestem w stanie przystąpić do zdawania przedmiotu, który był i moją kulą u nogi w liceum.

Wracając do bycia kłamczuchem. Właśnie dołączyłam do grona magistrów, czyli bezrobotnych. Wiem, że politologia to śmieszny, hobbystyczny kierunek, na swoje usprawiedliwienie nie wiedziałam o tym wybierając się na niego. Ja wiem, że ludzkie życie nie zależy od absolwentów tego kierunku, tak jak przyszłych prawników, czy lekarzy. Politologia nigdy nie była moją pasją, pasją było pisanie, sądziłam, że politologia pomoże mi w szukaniu tematów, mimo tego podczas studiów odpuściłam sobie ściąganie (nie licząc pierwszego semestru, kiedy walczyło się o przetrwanie, przyznaję się, ale to już był nawyk z liceum). Później uznałam, że to bez sensu, jestem dorosła, niegłupia, nikt mi nie kazał studiować, jeśli chcę, mogę to wszystko rzucić w cholerę, a wysoka średnia nie jest mi do niczego w życiu potrzeba. Dlatego Moi Kochani czuję się oszukana przez moich kolegów i koleżanki z roku. Poczułam się tak po raz pierwszy dopiero niedawno, kiedy podczas swoich obron, grupa osób z mojego roku, która skończyła ze średnią 5.0 na dyplomie zaczęła wspominać egzaminy i kolokwia, na których to ściągali, a lista była długa.

Być może są ode mnie bystrzejsi, pewnie bardziej zdeterminowani na sukces, ambitniejsi w źle rozumianym przez siebie znaczeniu. Co nie zmienia faktu, że ja przez 5 lat ze słabszymi stopniami czułam się przeciętną studenciarą i nawet było mi z tym dobrze…a teraz czuję się, jakby mnie ktoś wydymał.

 

 

 

zerwanie humanitarne

nie istnieje!

Read the rest of this entry »

Tags: , , , ,

ja i Ty, a nie my!

Jako osoba, która jednocześnie dąży do stabilizacji i przed nią ucieka, spędzam bezsenne noce na tym, gdzie leży granica zespolenia dwóch osób w związku i czy w ogóle jest sens dążenia do jakiegokolwiek zespolenia. Read the rest of this entry »

Tags: , , ,

houston, we’ve got a problem

Co zrobić, kiedy pojawiają się problemy. Nie problemy w związku, ale problemy dotyczące jednej strony. Takie problemy, jak np. pogorszenie stanu zdrowia.

W sytuacji idealnej problem nie istnieje i żadne problemy z zaistniałego problemu się nie rodzą. Możesz nie mieć ręki, nogi, nerki, doszyć sobie fiuta, wydłubać oko. Obojętnie. Tylko sytuacje idealne, nie mają miejsca. Read the rest of this entry »

jak sklasyfikować „byłych”

Nie chcę męczyć się nad długim i niepotrzebnym wstępem, to krótkiego, acz (mam nadzieję) treściwego tekstu. Na jakie grupy podzielić „byłych”?

Read the rest of this entry »

Tags: , , , , ,

jak przetrwać porzucenie, czyli poradnik dla potrzebujących

Po pierwsze, jeśli jesteś osobą porzuconą, oznacza, że jesteś osobą głupią. Zazwyczaj w dochodzeniu do siebie po rozstaniu chodzi o to, by zrozumieć kilka podstawowych prawd, a to, że osoba porzucona jest głupia, jest pierwszą z nich. Read the rest of this entry »

Tags: , , , , ,